21.08.2016

Chapter Seventeen

,,Nie lubię jak ktoś robi ze mnie idiotę"

Justin

 Nim zdążę się obejrzeć winda zamyka się i zjeżdża na dół. Naciskam kilka razy przycisk, ale to i tak nic nie daje. Przeczesuje ręką włosy i spoglądam na zmieniejszającą się liczbe na górze windy. Nagle przypominam sobie o schodach  przeciwpożarowych i nim zdążę dokładnie to przemyśleć biegnę w ich stronę. Nie wiem ile czasu mija, kiedy udaje mi się przebrnąć przez te wszystkie pieprzone poziomy. Gdy jestem na parterze mój oddech jest płytki i szybki. Nie ma jej tutaj. Musiała już wyjść. Kątem oka spoglądam na ochroniarza, który otwiera usta aby coś do mnie powiedzieć, ale nim mu się to udaje mnie już tam nie ma. Wybiegam na ulicę i gorączkowo się rozglądam. Mimo tej godziny na mieście szwęda się bardzo dużo ludzi. No i jak ja mam ją tutaj znaleźć, do cholery? 
 - Hazel! - krzyczę mając gdzieś, że kilka par oczu odwraca się w moją stronę w zaciekawieniu. 
Schodzę po schodach, a kiedy przekręcam głowę i biorę oddech, aby krzyknąć ponownie ona staje obok mnie. 
Z rękami w kieszeniach, niewinnym, speszonym wyrazem twarzy i dziwnie zastanawiającym spojrzeniem. Nigdy nie widziałem żeby była kiedykolwiek speszona, a myśl, że to moja sprawka podoba mi się i wkurwia mnie zarazem. 
 Robię krok w jej stronę i pozwalam sobie na chwilę odetchnięcia. Zbiegłem jakieś tysiąc stopniu w dół w kilka minut. Rozkładam ręcę i patrzę się na nią wyczekująco. 
 - Rozmawiajmy - mówię. 
Hazel rozgląda się i unosi delikatnie brwi. 
 - Teraz? - pyta niepewnie. 
 - Przecież po to przyszłaś, prawda? - przypominam jej.
Dziewczyna przytakuje powoli głową. 
 - No tak, ale... - nagle milknie.
Wzdycham i przeczesuje ręką włosy, które przez wiatr i to co robiłem wcześniej w domu są w całkowitym nieładzie. Wyciągam do niej dłoń.
 - Usiądźmy gdzieś i po prostu porozmawiajmy- proponuję. - Tak jak chciałaś.
Jej brązowe tęczówki na początku spoglądają na mnie nieufnie, ale po kilku długich sekundach ostrożnie chwyta mnie za dłoń.
 - W porządku - mamrocze pod nosem.
 Idziemy ulicą. Mijam swój apartamentowiec i kątem oka widzę jak ona na niego zerka.
 - Nie jest ci zimno? - zadaje pytanie, ale jest tak ciche, że przez moment zastanawiam się czy to naprawdę wyszło z jej ust czy tylko mi się coś wyobraziło.
Przez moment się zastanawiam co mam zrobić. Bo, cóż, jest cholernie zimno. Ale w moim mieszkaniu siedzą dwie wkurwiające suki, które zapewne szybko nie wyjdą. Mógłbym pójść i najzwyczajniej w świecie je stamtąd wyrzucić, ale nawet nie chce mi się fatygować. Nagle przypominam sobie o kluczach, które przy odrobinie szczęścia powinienem mieć w kieszeniach spodni. Wkładam dłoń w ich poszukiwaniu z zadowoleniem stwierdzam, że miałem rację.
 - W samochodzie mam bluzę - mamroczę do niej.
Dobrze, że jeszcze nie wjechałem nim do podziemnego garażu, bo wtedy już naprawdę musiałbym iść do mieszkania żeby najpierw wziąć klucze od garażu. Podchodzę do lamorghini, którego światła migają dwa razy gdy naciskam przycisk odblokowania. Biorę do ręki czarną bluzę leżącą na tylnym siedzeniu i razem z Hazel znowu kontynuuje wędrówkę.
 Chciałem na początku zabrać ją do jakiegoś baru lub innego miejsca żebyśmy mogli usiąść i co najważniejsze siedzieć w cieple, bo jest cholernie zimno, ale przecież to Nowy Jork, tutaj jest tłoczno i głośno w prawie każdym lokalu.
 - Ja zanam całkiem fajne miejsce - mówi nagle dziewczyna. - Chłopak mojej przyjaciółki prowadzi bar na końcu ulicy i w tygodniu nie robi imprez, więc nie ma tam ludzi.
Przytakuję tylko głową i pozwalam żeby to ona przejęła dowodzenie.
Zastanawiam się jak ma wyglądać nasza rozmowa. To będzie coś w stylu ,,Czy możemy o wszystkim zapomnieć?" Jestem ciekaw.
 Nagle brunetka skręca i  wchodzi przez jedne z dużych przeźroczystych drzwi. Podążam za nią ciągle starając się dotrzymywać jej kroku. Wita się z jakimś facetem stojącym za ladą, uśmiecha się do niego, a on robi to samo i niemalże od razu skupia na mnie swój wzrok. Z zaciekawieniem studiuje moją postać. Odwracam głowę i zaczynam oglądać pomieszczenie, bo zaczyna mnie wkurwiać to jak się gapi. Nie lubię tego.
 Bar jest zrobiony w dobrym, starym stylu. Jak te wszystkie podłużne miejscówki z lat osiemdziesiątych. Hazel miała rację mówiąc, że tutaj nie jest tłoczno. W jednym kącie siedzi dwójka ludzi i to by było na tyle. Dziewczyna idzie do najbardziej zaciemnionej i prywatnej cześci i siada na skórzanej dwuosobowej kanapie przy ścianie. Zajmuję miejsce na przeciwko. Rozsiadam się, kładę dłonie na metalowym prostokątnym stoliku i posyłam jej wyczekujący wzrok.
 - Myślisz... - zaczyna niepewnie. - Myślisz, że te dziewczyny... no wiesz, niczego ci nie ukradną? - pyta, a ja nie mogę powstrzymać się przed cichym rozbawionym parknięciem.
 - Nie zrobią tego, spokojnie. Gdy wrócę do domu zapewne już ich nie będzie - mamroczę i oblizuję usta zastanawiając się czy w ogóle poruszać dalej ten temat. - Jeżeli nadal jesteś o nie zła, to musisz wiedzieć, że...--
 - Co? Nie. Przestań - przerywa mi nagle, gwałtownie kręcąc głową. - Ja nie jestem zła. Wyszłam, bo byłam trochę zażenowana tym, że ci przeszkodziłam... w czymś i nie spodziewałam się takiej sytuacji - tłumaczy się. - To tyle.
Próbuję ignorować niemiły uścisk w brzuchu, gdy docierają do mnie jej wyjaśnienia. Jeszcze przed chwilą chciałem jej powiedzieć, że nie ma prawa być zła, bo śpię z kim chcę i kiedy chcę, ale po słowach, które właśnie wypowiedziała... Chcę żeby była zła.
Cholera, chcę żeby zazdrosna o mnie tak kurwsko bardzo, jak ja jestem zazdrosny o nią.
To by coś znaczyło.
A zamiast tego mówi mi, że była tylko zażenowana.
Zajebiście dziękuję.
Odchrząkuję i palcami u prawej dłoni zaczynam uderzać o blat stolika.
 - Dzisiaj w domu waszych rodziców było niezręcznie - mamrocze dziewczyna. - Naprawdę nie chcę żeby tak to wyglądało. Będziemy się często widywać, Mike i tak jest podejrzliwy. Jeżeli coś zauważy...
Zamieram. Miałem rację. To rozmowa w stylu ,,Udawajmy, że nic się nie wydarzyło"
 - W porządku - odpowiadam chłodnym głosem.
Opuszczam głowę i wstaję ze swojego miejsca.
 - Co ty robisz? - syczy patrząc się na mnie krytycznie.
 - Wychodzę. Im mniej będziemy się widywać, tym mniej podejrzeń - odpowiadam posyłając jej uśmiech pełen kpini.
 - Przecież wiesz, że nie o to mi chodziło! - unosi głos, ale nadal panuje nad tym żeby nie był zbyt głośny.
Kątem oka spogląda na swojego przyjaciela i sprawdza, czy nie zwraca na nas uwagi. Zapewne nie chce żeby coś wiedział.
 - Chciałam z tobą porozmawiać. Chciałam żeby to chociaż trochę wróciło do momentu przed... - milknie.
 - Przed tym jak mnie pocałowałaś? - pytam.
Dziewczyna gwałtownie wstaje i wyrzuca ręcę w powietrze.
 - Żartujesz sobie? To ty mnie pocałowałeś! - unosi brwi i patrzy się na mnie tak jakby to była najoczywistrza rzecz na świecie.
 - Oddałaś pocałunek - uświadamiam jej. Kręcę głową i robię krok w tył. Moja cierpliwość się skończyła. - Nie lubię jak ktoś robi ze mnie idiotę. Nie bawię się w takie gówno - odpowiadam i odwracam się.
Wychodząc z lokalu czuję się jak ostatni idiota i to znowu przez nią. Trzaskam drzwiami i idę w stronę swojego mieszkania. Mam nadzieję, że tych suk już tam nie ma. Cały nabuzowany przemierzam odległość pięciuset metrów jaka dzieli mnie od baru do apartamentowca.
 Gdy stawiam kroki na schodach jestem już zły tylko na siebie.
Co ja niby sobie myślałem? Że przyszła ze mną porozmawiać o tym jaki Mike jest nieznośny i jak bardzo go już nie kocha? Nie zrobi tego i wszyscy bardzo dobrze o tym wiemy. Zresztą prawda jest taka, że nawet gdyby to zrobiła ja nigdy nie mógłbym czegokolwiek do niej poczuć.
Jest dziewczyną mojego brata.
Brata, którego nienawidzę, ale to nadal nie zmienia faktu, że najzwyczajniej w świecie nie mam do niej prawa.
 Ciągnę za klamkę od drzwi i w tym samym momencie zauważam jak ktoś wbiega na schody. Odwracam się i unoszę brwi ze zdziwienia, gdy znowu ją widzę.
 - Pieprzyć to - mówi na jednym wydechu. Widać, że biegła, bo oddycha strasznie szybko.
 - Co? - pytam zdezorientowany.
 - Pieprzyć Mike'a, pieprzyć to, że jestem jego dziewczyną i pieprzyć to, że do czegoś między nami doszło! - unosi głos i z roztargnieniem unosi dłonie. - Czy nie możemy po prostu pójść gdzieś i upić się do nieprzytomności tym samym zapominając o wszystkim innym? Czy nie byłoby prościej? - pyta patrząc się na mnie z wyczekiwaniem i nadzieją w jednym. - Po co mamy przejmować się czymś nad czym nie mamy wpływu?
Czymś nad czym nie mamy wpływu.
Rozglądam się tak jakbym wśród przechodzących ludzi oczekiwał kogoś kto wyskoczy z kamerą i powie mi, że dałem się nabrać. Ona chce wyjść gdzieś ze mną? Naprawdę?
 - Mówisz poważnie? - mamroczę nie potrafiąc dalej zachowywać obojętności.
Hazel przytakuję głową.
 - Zero gadania o Mike'u i czymkolwiek z nim związanym? - pytam marszcząc brwi.
Hazel przybiera poważny wyraz twarzy. Prawą dłoń kładzie na miejsce w okolicy serca, a dwa palce unosi na wysokość swoich ramion.
 - Słowo harcerza - mówi zachowując taki sam wyraz twarzy.
Widok Hazel robiącej coś takiego jest na tyle zabawny, że nie mogę powstrzmać głośnego śmiechu, który sekundę później wyrywa się z mojego gardła. Dziewczyna uśmiecha się szeroko i przewraca oczami.
 - To jak?
Uśmiecham się. Schodzę po schodach, a gdy ją mijam i zauważam, że ona nie rusza się z miejsca łapię ją za ramie i ciągnę za sobą.
 - No chodź harcerko - mówię znowu prychając śmiechem. - Idziemy się nawalić.

*

Prawie pół godziny zajmuje nam szukanie marketu otwartego całą noc. W końcu kilka przecznic dalej natrafiamy na niego. Hazel, gdy widzi wózki przed budynkiem zachowuje się jak małe dziecko i podbiega do nich. 
Zastanawiam się czy ona przypadkiem nie jest już po solidnej dawce alkoholu. 
 - Co ty wyrabiasz? - pytam chichocząc, gdy dziewczyna jest już jedną nogą w wózku. 
Patrzy się na mnie tak jakby jej zachowanie było czymś normalnym. 
 - Będziesz mnie woził - odpowiada nonszalancko wzruszając ramionami. 
Wchodzi do wózka i opiera się o jeden z boków. Jedną nogę zgina, a drugą prostuje opierając o jedną z metalowych "ścianek".
 -  Nie ma mowy - odpowiadam prychając. 
 - No Justiiin - jęczy przeciągle i robi niezadowoloną minę. - Nikt nigdy nie chce mnie tak wozić - wydyma dolną wargę próbując zmiękczyć moje serce, którego i tak nie mam. 
 - To na mnie nie działa - odpowiadam niewzruszony.
 - Jesteś dupkiem, obrażam się - mamrocze pod nosem i z naburmuszoną miną chowa twarz pod kapturem. 
Unoszę brwi i z rozbawionym uśmiechem palcem wskazującym dziubię ją w ramię. Dziewczyna reaguje niemalże od razu i z bardzo dobrym refleksem uderza mnie w dłoń.
 - Spierdalaj - słyszę jej odpowiedź. 
Chichoczę i kręcę głową. Nachylam się nad nią i mówię jak najbliżej jej ucha. 
 - Jesteś okropna. 
Wzdycham i chcą nie chcąc obejmuję dłońmi rączkę wózka. Popycham go i w tym samym momencie Hazel wyrzuca ręce w powietrze. 
 - Wiedziałam! Wiedziałam, że to zrobisz! - krzyczy zadowolona, gdy prowadzę wózek w stronę wejścia do marketu. 
 - Nie wierć się tak, bo ciężko mi prowadzić - sapię skarżąc się.
Wcale nie jest ciężko, ale chcę się z nią podroczyć. 
 - Jedź od razu do działu ze słodyczami - mówi klaszcząc w dłonie i ignorując moje słowa. 
 - Nie mięliśmy przypadkiem kupować alkoholu? - unoszę pytająco brwi. 
 - Słodycze są ważniejsze - odpowiada poważnym głosem. 
Wzdycham i kręcę głową. 
 Po wybraniu miliarda słodyczy i przejechaniu całego sklepu w poszukiwaniu oreo, w końcu znajdujemy się w dziale alkoholowym. 
 - Ja chcę wino - mówi Hazel, która ani na moment przez cały czas nie wyszła z wózka. 
 - Czuję się jak twój służący i nie podoba mi się to - odpowiadam patrząc się na nią zaczepnie. 
Ciemnowłosa uśmiecha się i cmoka do mnie w powietrzu. 
 - Jesteś moim służącym. 
Puszczam rączki wózka i unoszę brwi. Robię krok w jej stronę i krzyżuję dłonie na klatce piersiowej. 
 - Co właśnie powiedziałaś? - pytam udając wkurzonego. 
Hazel chichocze i wzrusza ramionami. 
To cholernie dziwne. Jeszcze niecałą godzinę temu siedzieliśmy w tym barze i "prawie" się kłóciliśmy. Teraz każde z nas udaje, że nic takiego nie miało miejsca. 
 - Co ty robisz? - pyta, gdy wyciągam ręcę w jej stronę. 
Nagle jej uśmiech znika. Dłońmi łapię ją w pasie i z lekkością wyciągam z wózka. Słodycze, które trzymała na kolanach z szelestem wpadają do środka. Słyszę jej  cichy pisk, ale nim zdąży cokolwiek zrobić już stoi nogami na ziemi. 
 - Justin! - krzyczy oburzona i próbuje znowu wejść do wózka. 
Śmieję się i oplatając ją jedną ręką w pasie lekko unoszę i odstawiam na drugą stronę o wiele dalej od wózka.
 - Nie jestem niczyim służącym, aniele - mówię patrząc się prosto w jej brązowe tęczówki. 
Dziewczyna, która najwyraźniej nie ma innych argumentów i pomysłów wystawia mi język. 
Tak po prostu. 
 - Jesteś nienormalna - prycham rozbawiony i kręcę głową na jej infantylne zachowanie. 
Hazel uśmiecha się i wzrusza ramionami przyjmując to jako komplement. Stoję i obserwuję jak wkłada do koszyka kilka butelek wina i whiskey. Przechodzi mi przez myśl, że już dawno nie bawiłem się tak dobrze jak na tych durnych zakupach.

*

Wchodzimy do mojego mieszkania najcieszej jak potrafimy. Hazel rozgląda się po holu i wzrusza ramionami posyłając mi pytający wzrok. 
Przed wejściem tutaj ustaliliśmy, że sprawdzimy czy te durne suki już sobie poszły. No i w drodze do apartamentowca zdążyliśmy wypić już połowę szkockiej co oznacza, że nasze pomysły nie są do końca mądre i błyskotliwe. Hazel przysuwa się do ściany i trzymając w ręku butelkę wychyla głowę w stronę salonu. Wszędzie jest ciemno. 
Nagle zaczyna się śmiać. Głośno. Osuwa się po ścianie i siada ciągle trzymając kurczowo whiskey. 
 - Nawaliłaś się - stwierdzam chichocząc. 
Dziewczyna uśmiecha się do mnie. Siadam obok niej, a ona wskazuje na mnie palcem. 
 - Ty też. 
Nie będę zaprzeczał, bo wiem, że ma racje. 
Przyciska butelkę do ust i bierze kilka dużych łyków. Krzywi się i podaje mi trunek. 
Całkiem zapomnieliśmy o tym, że mięliśmy szukać tych idiotek w mieszkaniu. Kątem oka spoglądam na Hazel, która wydaje się być myślami daleko stąd. 
 - Kochasz go? - z moich ust nagle wylatuje pytanie, nad którym nie mam wpływu. 
To samo się dzieje. 
Przez cały ten czasu wmawiałem jej, że nic do niego nie czuje, ale nigdy nie zapytałem. Nigdy. 
 - Mięliśmy o tym nie rozmawiać - mówi kręcąc głową. 
 - Odpowiedz - mamroczę opierając głowę o ścianę i skupiając wzrok na smudze światła wydobywającego się z salonu. 
Słyszę jak cicho wzdycha. 
 - Tak, myślę, że tak - szepcze tak cicho, że ledwie ją słyszę. - Zawsze ci to powtarzałam.
 - Chcę to usłyszeć - mamroczę pod nosem i odstawiam butelkę. 
Przekręcam głowę i znowu wpatruję się w jej sylwetkę. Ona na mnie nie patrzy. Opuszcza wzrok i mimo, że otwiera usta żadne słowa z nich nie wylatują.
 - Ja... nie umiem - odpowiada wzdychając. 
Bierze butelkę i znowu wypija dużą jej część. 
To, że nie potrafi przyznać tego przede mną nie oznacza, że naprawdę go nie kocha. Prawda jest taka, że zależy jej na nim i Mike jest dla niej kimś kim ja nigdy nie będę. Nieważne jak bardzo będę starał się udowodnić jej, że on na nią nie zasługuje, ona zawsze będzie desperacko go bronić, bo potrzebuje w swoim życiu kogoś takiego jak on. Kogoś kto da jej stabilność, bezpieczeństwo i bezwarunkową miłość. 
Ode mnie tego nie dostanie.
Nagle przychodzi mi do głowy pewna myśl i zaczynam chichotać. Hazel patrzy się na mnie, a jej kąciki ust suną ku górze. Nasz doby humor wraca.
 - Co? - pyta prychając.
 - Jesteś dziewczyną mojego brata, zdecydowanie wolisz go ode mnie i nie pozwalasz mi się całować - mamroczę pod nosem wyliczając na palcach. - Zostańmy pieprzonymi przyjaciółmi - proponuję na wpół cierpkim na wpół rozbawionym głosem. 
Hazel klaszcze w dłonie i zaczyna się śmiać. 
 - Tak! - krzyczy. - Będziemy najlepszymi przyjaciółmi na zawsze! 
Uśmiecham się głupawo. 
 - Nie mówiłem tego poważnie. 
 - Ale ja mówię - odpowiada. - No dawaj. Będzie fajnie. Nienawidzę cię, ale jesteś śmieszny, więc nie widzę przeszkód. 
Przewracam oczami i uśmiecham się cwaniacko. 
 - Ja widzę - mówię. - Najlepszy przyjaciel nie ma w zwyczaju myśleć o tym, żeby przelecieć swoją naj... - Hazel zatyka mi usta dłonią nim zdążę dokończyć zdanie. 
A szkoda. 
 - Zamknij się, zamknij się, zamknij się - powtarza raz za razem. - Ja tu próbuję stworzyć zdrową relację, a ty wszystko psujesz - sapie naburmuszona.
Co ja zrobię kiedy ja naprawdę wciąż myślę o tym żeby ją przelecieć? Jestem szczery, to tyle.
Przewracam oczami, gdy zauważam, że jej humor znowu sie zmienił. Upita Hazel jest strasznie humorzasta. 
 - Dobra Jezu - mamroczę od niechcenia. - Niech ci będzie. 
Nagle Hazel znowu się uśmiecha. 
 - Mówisz poważnie?! Musisz obiecać mi to na paluszek, bo inaczej ci nie uwierzę - mówi i naprawdę wyciąga w moją stronę mały palec. 
Wybucham śmiechem. 
 - Na paluszek? Gdzie ty żyjesz? W przedszkolu? - prycham. 
Dziewczyna uderza mnie w ramie i posyła zabójcze spojrzenie.
 - Bez paluszka umowa jest nieważna - wytyka mi. 
Znowu przewracam oczami i kręcę w rozbawieniu głową. Łączę jej palec ze swoim i obserwuję jak na jej usta wpływa uśmiech. 
 - Jesteś głupia - mówię bezceremonialnie patrząc się na nią.
 - Spieprzaj - odpowiada śmiejąc się. - I tak cię nienawidzę. 
 - W takim razie nasza pzyjaźń mija się z celem - zauważam unosząc brwi.
 Dziewczyna wzrusza ramionami. Obserwuję jak wstaje chwiejnym krokiem. Wyciąga do mnie dłoń. 
- Chodź, mamy dużo słodyczy do zjedzenia - mówi chichocząc.
Posyła mi chyba najpiękniejszy uśmiech jakikiedykolwiek widziałem. W jednej sekundzie całe moje staranie idzie się jebać, dosłownie. Teraz potrafię już tylko myśleć o tym żeby ją pocałować i nawet nie umiem z tym walczyć. 
Nie wierzę, że z własnej woli wpakowałem się w to gówno.

***
Dłuuugo nie było rozdziału i aż sama jestem zdziwiona :o

JAZEL JAKO PRZYJACIELE.
Co o tym myślicie? haha

Ostatnio nie idzie mi pisanie rozdziałów, dlatego pojawiają się jakoś nieregularnie :/ 

Proszę teraz każde, kto przeczytał rodział o komentarz! Sprawdzam obecność x

Victoria Sparks


17 komentarzy:

  1. Jejku uwielbiam go �� Wpakowales się w nieźle bagno Justinku ��

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyjaciele? Hahahahaha

    Tsaaa...


    Ja chce ich razem !

    OdpowiedzUsuń
  3. Obecna! 😂 wróciłam do ciebie i nie. Jazel to para, a nie przyjaciele, łamiesz schemat. Myślałam, że się pokłócą ale Hazel wzięła sprawy w swoje ręce i bardzo dobrze! A propos ostatniego rozdziału to wtf z jakimi sukami on spał, wredne, niewychowane, pewnie jakieś plastiki. 😒 idk ale byłam pewna, że dzisiaj go do dodasz, czułam to jakoś. 😏
    Miałam nadzieję, że się upiją i pójdą do łóżka ale w sumie jeszcze wszystko możliwe, nie? Skoro Hazel nie kocha Mike'a a Justin jest napalony pomimo tych dwóch dziwek to ten, wszystko może się zdarzyć! 😁😂
    Dobra, jakoś nie mam nic więcej do powiedzenia, cieszę się, że dodałaś, mam nadzieje, że płynność wróci, życzę ci dużo weny i czasu też, buziaki i do następnego! 😂❤

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie spodziewałam się tego po Hazel, że pobiegnie za nim i będzie chciala sie z nim upić. Serio, zaskakujesz mnie w pozytywny sposób. No ale dobra dobra, do rzeczy. CO TO DO CHOLERY MA BYĆ? JACY PRZYJACIELE? ZIOM! RANISZ MNIE, JA CHCE JAZEL- CZY CI SIĘ TO PODOBA CZY NIE :") TEN UKŁAD MI NIE PASUJE I RADZĘ GO ZMIENIĆ. Zauważyłam że lubisz robić nam na złość :') Poza tym małym incydentem, na który należy wpłynąć to zarąbisty rozdział, taka odskocznia od tego całego zamieszania i tych problemów. Pisz kolejny, aczkolwiek myślę że w następnym Justin coś odwali i nie będzie za ciekawie bo znów się coś spieprzy, no ale zobaczymy. Czekam i dodawaj szybko! xx

    OdpowiedzUsuń
  5. Licze, ze rozdział pojawi się niedługo, bo bardzo ciekawie piszesz ��

    OdpowiedzUsuń
  6. świetny rozdział *-* ciekawe jak długo wytrzymają jako przyjaciele :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudowny rozdział��

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem co mam napisać... trochę krótki ten rozdzial, wkurza mnie to , se tak długo trzeba była czekać na następny rozdział,ale rozumiem Cię są wakacje i Ty również masz prawo do wypoczynku. Czekam na neksta ! :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Coś czuje że ta ich przyjaźń nie wypali. Boski rozdział 😍😊😜

    OdpowiedzUsuń
  10. Niech cos sie zadzieje? Jakies problemy Mikea.. Moze jakis kryzys w firmie, kochanka cokolwiek... Byleby Jazel przetrwało :D czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  11. Wow, myślę że ich przyjaźń nie wypali 😂
    Widać że zaczęli coś do siebie czuć ;D ^.*
    Czekam na next
    ♡♡♡

    OdpowiedzUsuń

Template made by Robyn Gleams